„Nieczęsto rzucam się na zwłoki…”

Ostatnio przeglądałem archiwalny wątek na forum TPZN dotyczący monet przedziurawionych (wtórnie, nie w mennicy). Tam właśnie natknąłem się na tytułową frazę. Muszę przyznać, że urzekła mnie jej poetyka. Jest to fragment szerszej wypowiedzi kol. cancan62, mówiący o tym, że nie zdarza mu się zbyt często kupować i włączać do kolekcji monet w bardzo złym stanie zachowania.

http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,10435.15.html

Niektórzy kolekcjonerzy traktują monety przedziurawione jako „złom” nie nadający się do kolekcji (w żargonie numizmatycznym – „trup”, „zwłoki”). Moje zdanie w tej kwestii jest nieco bardziej złożone. Sama perforacja jeszcze nie dyskwalifikuje monety. Istotne są np. kwestie umiejscowienia otworu, jego kształtu, okoliczności powstania. Nasze rozważania na temat tego typu monet zacznijmy jednak z innej strony.

Zgubna siła autorytetu

Jeżeli uczony, czy kolekcjoner cieszący się znacznym autorytetem myli się w jakiejś kwestii, może to mieć fatalne skutki. W swojej najbardziej znanej książce pt. „Tysiąc lat monety polskiej” T. Kałkowski „rozszyfrował” litery „GFH” występujące pod portretem Jana Kazimierza na niektórych odmianach boratynek jako inicjały Georga Fryderyka Horna. Przez kolejne dziesięciolecia w różnych publikacjach powtarzano tę błędną interpretację. Litewski uczony Stanisław Januszonis na podstawie badań źródłowych już w latach siedemdziesiątych ustalił, że Horn nie miał na imię Georg Fryderyk, lecz Andreas Georg, a na monetach używał tylko drugiego imienia (a więc, jakkolwiek dziwnie by to wyglądało, w inicjałach „GFH” – „F” można interpretować jako „von”). Informacja ta nie dotarła jednak do szerszej opinii publicznej. Wydaje się, że sytuacja powoli zmienia się dopiero teraz, po publikacji dzieła C. Wolskiego (Miedziane szelągi…, Lublin 2016), w którym różne boratynkowe mity zostały obalone.

Z kolei prawie 150 lat temu, w katalogu kolekcji Emeryka Hutten Czapskiego została umieszczona odmiana szeląga ryskiego Zygmunta III Wazy z roku 1622. W roku 1622 – a więc w okresie gdy władzę nad Rygą sprawował Gustaw Adolf – emisje z imieniem Zygmunta III nie były możliwe. Zapis w katalogu był efektem błędnego odczytania daty 1621. Nie zwracając uwagi na logikę, kolejni autorzy szli za E. H. Czapskim i powielali jego błąd w swoich publikacjach. Zapewne upłynie jeszcze dużo wody w Wiśle zanim upowszechni się informacja o błędnym zapisie w katalogu najsłynniejszej polskiej kolekcji.

Przechodząc do interesującej nas kwestii monet z dziurą, powiedzmy kilka słów na temat przedziwnej teorii sformułowanej przez innego słynnego kolekcjonera. Największym autorytetem dla miłośników trojaków jest niewątpliwie Tadeusz Iger, który zostawił po sobie najbardziej imponującą kolekcję trojaków polskich. Otóż krótko przed śmiercią udzielił on wywiadu, w którym padły następujące słowa:

„Trojak to była mocna, dobra moneta (…) Była godna zaufania. Węgierscy kupcy przywozili wino, słynnego węgrzyna, a potem w tych samych beczkach wywozili polskie trojaki. To dlatego na węgierskich targach numizmatycznych, na które nasi zbieracze jeździli za PRL, piętrzyły się całe stosy polskich trojaków. Polacy stopniowo je wykupili. Te trojaki z czasów węgrzyna odnajdują się też na krytych papą dachach rumuńskich chałup. Jako podkładki pod gwoździe papowe – z wywierconą wcześniej dziurą”.

Cały wywiad znajduje się tu:

https://nto.pl/oddal-fortune-za-trzy-grosze/ar/4135809

Teoria T. Igera a rzeczywistość

Powiedzmy wprost: teoria (sugestia) jakoby trojaki Zygmunta III Wazy były masowo wykorzystywane jako podkładki pod gwoździe jest nieprawdziwa. Być może zdarzały się incydentalnie takie przypadki. Z pewnością nie była to jednak reguła.

Jakie argumenty przemawiają przeciwko tej teorii? Przede wszystkim umiejscowienie otworu. Na większości znanych mi przedziurawionych trojaków otwór jest umieszczony przy brzegu monety. Gdyby służyły one jako podkładki pod gwoździe, otwory znajdowałyby się raczej pośrodku.

Drugi argument ma charakter ekonomiczny. Trojaki Stefana Batorego, czy Zygmunta III Wazy to monety srebrne. Srebrny trojak przedstawiał – ze względu na kruszec – znacznie większą wartość niż podkładka pod papiaka. (Pomijam tu fakt, że papę zaczęto wykorzystywać jako materiał służący do pokrywania dachów dopiero po II wojnie światowej). Kruszec zawsze miał znaczenie i wiedział o tym każdy, nawet najciemniejszy chłop rumuński.

W historii numizmatyki zdarzały się przypadki wykorzystywania monet jako podkładek pod gwoździe. Dotyczyło to jednak aluminiowych pięćdziesięciogroszówek w czasach PRL-u. Podkładka kosztowała wtedy 1,50 zł.

***

Skąd wzięły się więc otwory w trojakach Zygmunta III Wazy? Otóż na Bałkanach (zwłaszcza w Bułgarii) monety, w tym polskie trojaki, były wykorzystywane jako srebrna biżuteria. Tworzono z nich naszyjniki, wisiorki, mocowano do ubrań, wykonywano kunsztowne nakrycia głowy, czy pasy zrobione z nakładanych na siebie kolejnych warstw srebrnych monet (coś jak rybia łuska). Uzasadnienie tego egzotycznego nieco upodobania do obwieszania się monetami objaśnił Damian Marciniak (w bardzo ciekawym filmiku dotyczącym właśnie dziurawych monet): „Jedną z tradycji wschodnich (…) jest to iż do kobiety należy tyle, ile ma na sobie”.

Cały film można obejrzeć tu:

https://www.youtube.com/watch?v=2QQQYpATkfc&fbclid=IwAR1mHt-DQqMVpbjfuIvuHzkwSAIuKcYU5YacJ7Y4Rhua7M4AXgGAyfAtsuo

Aby wykorzystać monetę w omówiony wyżej sposób, należało najpierw wywiercić w niej otwór. Zwróćmy uwagę, że na znacznej części przedziurawionych trojaków Zygmunta Wazy otwór znajduje się przy brzegu, tak aby można było przeciągnąć rzemyk, czy srebrny łańcuszek i np. zawiesić monetę na szyi jako ozdobę. Monety takie były wówczas przewiercane w sposób subtelny i gustowny. (Wiem jak absurdalnie to zabrzmiało dla miłośnika polskich trojaków, dla którego dziurawienie monet, to po prostu barbarzyństwo).

Ozdoby wykonane z trojaków Zygmunta III Wazy; zdjęcia: forum TPZN

Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną kwestię dotyczącą przedziurawionych monet. Otóż na terenach gdzie srebrne trojaki były wykorzystywane do produkcji biżuterii, odkrywane są skarby, w których obok zwykłych, nieuszkodzonych monet znajdują się – chciałoby się powiedzieć:  na równych prawach – monety z wywierconym otworem. Wniosek nasuwa się tu jednoznaczny: na niektórych obszarach (m.in. Bałkany) otwór nie wykluczał monety z obiegu. Przypominam, że nasza opowieść dotyczy normalnych czasów, kiedy to o wartości monety decydowała zawartość kruszcu.

Rodzaje otworów w siedemnastowiecznych monetach

Dla pełnego obrazu zagadnienia wymieńmy jeszcze inne niż omówione wyżej  rodzaje otworów w monetach z XVII stulecia. Tak więc obok „gustownych i eleganckich” otworów przy brzegu monety, zdarzają się również otwory podłużne, być może wykonane nożem czy innym szpikulcem. Często – dotyczy to zwłaszcza terenów Rzeczypospolitej – oznaczano w ten sposób falsyfikaty.

Grosz Zygmunta Wazy 1611 – przedziurawiony falsyfikat z epoki; zdjęcia: WCN

Wracając do „teorii podkładek”, zdarzają się również monety z otworem wykonanym centralnie. Jednakże wśród przedziurawionych monet stanowią one niewielki margines.

Szóstak Jana Kazimierza 1666; zdjęcia: forum TPZN

W końcu zdarzają się też monety, które „zdobi” więcej niż jeden otwór. Ich zastosowanie było różne. Jedne służyły być może jako guziki. Przeznaczenia innych dziś nie jesteśmy w stanie się domyślić.  Komentując widoczne niżej zdjęcie (drugie) zaprezentowane na forum TPZN kol. borsuk1977 stwierdził dowcipnie, że jest to chyba jakiś prototyp sitka.

Przedziurawione monety, XVII w.; zdjęcia: forum TPZN

Prawdziwy powód dzisiejszego wpisu

Widoczny poniżej trojak koronny – jedna z moich ostatnich zdobyczy – to prawdziwy powód dzisiejszego wpisu. Został wybity w mennicy lubelskiej. Typologicznie jest to moneta popularna (rocznik 1597 z inicjałami „MR” Melchiora Reysnera). Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę portret królewski, odmianę należy zaliczyć do bardzo rzadkich.

Moneta jest pięknie zachowana. Niestety służyła kiedyś jako ozdoba i szpeci ją przewiercony na wylot otwór. Należy on jednak do tych „subtelnych i gustownych”. Zwróćmy uwagę, że:

  • portret króla nie został naruszony
  • otwór znajduje się przy brzegu monety
  • został wywiercony u góry, na przedłużeniu pionowej osi awersu.

Zauważalna jest tu intencja rzemieślnika, któremu najwyraźniej zależało aby popiersie Zygmunta III Wazy elegancko prezentowało się zdobiąc czyjąś pierś.

Trojak koronny Zygmunt Waza, Lublin 1597

Czy moneta z otworem nadaje się do kolekcji?

Na koniec odpowiedzmy jeszcze na pytanie, czy dziura dyskwalifikuje monetę i nie pozwala na włączenie jej do kolekcji. W tym miejscu znów podejmiemy polemikę z Tadeuszem Igerem. We wspomnianym wywiadzie dziennikarz relacjonuje opowieść kolekcjonera:

„ – Gdański trojak Zygmunta III Wazy. Cymesik – wspomina. – W prywatnych rękach są może dwie, trzy sztuki. Ponadto jedna w Muzeum Czapskich w Krakowie i dwie w Muzeum Narodowym. Pan Tadeusz musiał dać za tę monetę równowartość poloneza, a wiadomo, czym był za komuny polonez. Tym, czym teraz mercedes.

 – Ale ten trojak, okazało się, miał zanitowaną dziurę – opowiada kolekcjoner. – Gdy to odkryłem, pojechałem do człowieka i unieważniłem transakcję. Dziś trochę żałuję, bo mam naprawiacza monet w Toruniu, który by ją zrobił tak, że nie byłoby śladu. Ale… ale czułbym duży dyskomfort, mając monetę z zaklejoną dziurą. Trudno się panu Tadeuszowi dziwić: to tak, jakby wydać fortunę na pęknięte jajo Faberge’a sklejone <<kropelką>>”.

Z powyższego cytatu wyłaniają się dwie kwestie. Po pierwsze, otwór w monecie zdecydowanie i znacząco obniża jej wartość kolekcjonerską. Tu sprawa jest oczywista i nie wymaga komentarza. Po drugie, zdaniem niektórych kolekcjonerów – w tym T. Igera – dobrym sposobem na pozbycie się dziury jest jej zanitowanie („mam naprawiacza monet w Toruniu, który by ją zrobił tak, że nie byłoby śladu”). Otóż moim zdaniem takie postępowanie z przedziurawioną monetą jest błędem. Jest to ukrywanie jej historii oraz prawdziwego stanu zachowania. Otwór – zwłaszcza taki „elegancki” jak na trojaku widocznym powyżej – należałoby raczej pozostawić i potraktować jako oddech historii, który osadził się na monecie. Coś jak patyna 😉

Wiem, że nie wszystkim przypadnie do gustu taki „tolerancyjny” stosunek do otworów w monetach. Dla niektórych dziura jednoznacznie dyskwalifikuje potencjalny obiekt kolekcjonerski. Jednakże wielu wybitnych kolekcjonerów miało w swoich zbiorach monety z perforacją. Skąd o tym wiemy? Na ostatniej aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka licytowano niezwykle rzadkiego grosza litewskiego Stefana Batorego – najwcześniejszy typ pierwszego rocznika (1580), z herbami Polski i Litwy bez tarcz. Otóż moneta ta nosi na sobie dwa znaczące ślady historii. Pierwszy z nich to otwór, który powstał zapewne w epoce Stefana Batorego, albo nieco później. Drugi zaś to wybita na awersie charakterystyczna punca Emeryka Hutten-Czapskiego, który jak wiadomo w ten właśnie sposób oznaczał monety należące do jego zbioru.

Grosz litewski Stefan Batory, Wilno 1580; zdjęcie: Gabinet Numizmatyczny Damian Marciniak

 

10 przemyśleń nt. „„Nieczęsto rzucam się na zwłoki…”

  1. Zdecydowanie jest to jak dla mnie słuszne podejście, otwór w monecie jest śladem jej historii i dla obecnego kolekcjonera może stanowić tylko argument do ustalenia jej ceny, ale nie jest to powód do wykluczenia jej z kolekcji. Tym bardziej jeśli jest to tak ładna sztuka jak prezentowany trojak.

  2. Witam
    Bardzo podoba mi się konkluzja:
    „… dobrym sposobem na pozbycie się dziury jest jej zanitowanie („mam naprawiacza monet w Toruniu, który by ją zrobił tak, że nie byłoby śladu”). Otóż moim zdaniem takie postępowanie z przedziurawioną moneta jest błędem.”

    Zgadzam się z nią w pełni. Mam np. piękny medal z dziurką, ale poza tym w stanie menniczym i dziurka ta mi absolutnie tutaj nie przeszkadza.

    Przeciwnie – miałem monetę ładnie zachowaną, ale ze śladami mocowań w czterech miejscach. Oddałem do profesjonalnej naprawy i zupełnie przestała mi się podobać. Zniknęły ślady mocować, ale zmieniła się i powierzchnia, zniknął blask i patyna… zdecydowanie wolałem ją z mocowaniami.

    Analogicznie postrzegam obecnie konserwację papieru i uzupełnianie – dorysowywanie ubytków papieru.

    Przede wszystkim w monetach i innych numizmatach podoba mi się ich naturalność – wszelkie manipulacje są moim zdaniem zdecydowanie gorsze niż naturalne ubytki, dziury itp.

  3. Bardzo fajny wpis, tego trojaka chyba nawet znam dosyć dobrze 🙂
    odnośnie dziurawień falsyfikatów na terenach I RP, te centralne i sub-centralne otwory z pewnością sugerują, że zaznaczono falsyfikat, chociaż na dobrą sprawę, któż znakował takie falsyfikaty? Powinny być niszczone, ale je znakowano dziurawiąc, w pewnym sensie pozostawiając w obiegu. Mniejszym nakładam kosztów można je było wrzucić do ognia i o sprawie zapomnieć poza ukaraniem fałszerza lub dystrybutora. Jest to dla mnie od pewnego czasu zagadką, odkąd zacząłem się przyglądać falsyfikatom. Niektóre falsyfikaty istotnie mają brzeżne dziurkowania, tak jakby miały spełniać role ozdób. I chyba spełniały – taką rolę ozdób i spotykane były chociażby w strojach góralskich jako nanizane na rzemyk ozdoby. Już bez wartości nabywczej tylko ozdobną Bardzo ciekawy temat !

    1. „Mniejszym nakładam kosztów można je było wrzucić do ognia i o sprawie zapomnieć poza ukaraniem fałszerza lub dystrybutora. ”

      Myślę, że nie zawsze była możliwość takiego zniszczenia falsyfikatów. Jeżeli urzędnik podskarbiego trafił na fałszywe monety np. w mieście, w którym nie było mennicy (i pieca do którego można było je wrzucić), to najtaniej wychodziło je po prostu przedziurawić.

      To tylko takie spekulacje nie poparte wiedzą źródłową.

  4. W sumie ja tez spekuluję, najprościej byłoby (nawet bez narzędzi po prostu zagnieść monetę, zginając ją na pół, każda próba rozprostowania na ogół kończ się jej złamaniem…
    Ot ciekawostka, której zapewne nie da się wyjaśnić..

  5. Falsyfikaty w epoce wyławiano z obiegu i przybijano do lady/stołu/deski w karczmach, zajazdach, miejscach gdzie można było odpocząć i coś zjeść/napić się. Służyło to łatwiejszemu rozpoznaniu krążących fałszerstw dla większości ludzi oraz było ostrzeżeniem dla potencjalnych nieuczciwych klientów. Stąd wzięło się zapomniane już nieco przysłowie „przybić fałsz”.

    1. Też o tym słyszałem, ale dlaczego przebite pozostawiano a nie konfiskowano? No i kto przebijał? każdy miał takie prawo? Czy jakieś służby? Zarzucić fałszerstwo nie było łatwo w przydrożnej karczmie osobom niepiśmiennym, którym tylko wydawało się, że moneta jest fałszywa..W ten sposób rodziło by to moc nadużyć i fałszywych pomówień. Ciekawy temat, tez byłby zainteresowany źródłem informacji.

      1. Swego czasu przeczytałem o tym procederze u któregoś pamiętnikarza z epoki.
        Kto dzisiaj daje prawo pani w sklepie lub kiosku do stwierdzenia, że pieniądze którymi płacimy są fałszywe?W bankach, niektórych kantorach i sklepach można spotkać zdjęcia krążących w obiegu falsyfikatów (obecnie głównie banknoty) służy to poinformowaniu przed możliwym oszustwem oraz zwróceniu uwagi na krążące niezgodne z prawem środki płatnicze. Analogicznie było w epoce.
        W jaki sposób my dzisiaj rozpoznajemy falsyfikaty monet- waga, materiał z którego jest wykonana, poprawność rysunku i legendy. Podobnie było zapewne w epoce. Srebrzonego miedziaka można było zarysować na rancie nożem i wychodziła miedź. Inny dźwięk też wydawały(w odróżnieniu od oryginału) te monety rzucone na stół. Istniały też zapewne inne sposoby.
        To, że ludzie byli niepiśmienni wcale nie świadczy o tym, że byli pozbawieni sprytu. Nikt z nas nie chce być oszukany. Przybijanie fałszywych monet było jednym ze środków prowadzącym do ich łatwiejszego rozpoznania i weilminiwania z obiegu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *